20 sierpnia 2007

Jazda i Maraton

Wlasnie wrocilem z jazdy... Jeszcze sie ze mnie pot leje... Chyba dzis dostalem najwieksza zjebe od Jana jak do tej pory... Na rondzie mialem zawrocic i zaczalem na wewnatrzym pasie a pozniej przed zjazdem gdy mialem ciagla linie chcialem zmienic pas... Jan szarpnal mi za kierownice i opierdalal mnie dobre kilka minut... To byl na tej jezdzie 2 taki przypadek dlatego naprawde sie na mnie wk... Najgorsze byly slowa: "Kto jak kto, ale ty Mateusz zebys takie jaja mi tu robil to sie nie spodziewalem". Nie no mam dola :P Wkurzyl sie i pojechalismy do domu :(
Wczoraj bylem na maratonie w Barlinku. Bylem tam tez 2 lata temu, tylko, ze wtedy padalo :P Cala impreza miala miejsce w osrodku wypoczynkowym na takim "cyplu" wiec dookola bylo jeziorko a przez osrodek malowniczo wily sie rzeczki. Same zawody ok, tylko, ze na poczatku organizator wymyslil sobie "runde honorowa" ulicami miasta. Jechalismy za wozem policyjnym ktory caly czas mial wlaczona syrene. Myslalem, ze ogluchne. Reszta zawodnikow dosc glosno wyrazala swoje niezadowolenie z powodow syreny. Dalej kretymi uliczkami miasta sypalo 450 zawodnikow co oczywiscie skutkowalo wieloma ale to wieloma kraksami. Kilka razy przede mna rosla gora lezacych na sobie kolarzy :D Grunt aby zachowac czujnosc i odpychac wszystkich na boki. Jeden facet normalnie usiadl mi na nodze gdy jechalem, byl na bucie, na szczescie udalo mi sie go zrzucic ;) Dalej trasa bardzo fajna i urozmaicona. Dobrze mi sie jechalo jak na moja tegoroczna forme... Niestety pierwszy raz a rym roku zlapalem kapcia i 10 km przed meta moje sciganie sie skonczylo. A szkoda... Jednak mimo wszystko wrocilem do domu zadowolony, a dlaczego? A dlatego, ze wygralem nagrode glowna losowana wsrod zadownikow :) To weekend w hotelu spa dla 2 osob ze wszelkimi atrakcjami. Sprawdzilem ile takie cos kosztuje i okazuje sie, ze moja nagroda ma rownowartosc 700 zl :) Oddam ja rodzicom a mam nadzieje, ze oni odwdziecza sie nalezycie.
Dzis kupilem sobie kurtke w gory, ladnego soft shella chroniacego przed wiatrem i opadami. Ale takze dzis dostalem telefon od kumpla, ze ma problemy z wyjazdem. W ogole ten wyjazd coraz bardziej podupadal na przestrzeni wakacji. Na poczatku mialbyc tydzien. Pozniej okazalo sie, ze kolega nie ma kasy na tydzien i stanelo na 4 dniach. Teraz gdy zarazerwowalem nocleg i wydalem ponad 600 zl na buty i kurtke caly wyjazd staje pod znakiem zapytania. Wkurzyc sie idzie... Ale ja nie odpuszcze, pojade tam chocby z przypadkowa osoba. A wlasnie i dochodzi do tego niezadowolenie rodzicow, najchetniej to by mnie nie puscili ale nie maja dostatecznego powodu. Przeciez nie powiedza mi "nie jedziesz bo jestes za maly i za glupi" ale za to co jakis czas mi truja. Na przyklad dzis przy obiedzie mama zabronila mi wchodzic na Rysy... Taaa, jade w Tatry i nie wejde na Rysy... To tak jak jechac nad morze i nie polezec na plazy czy nie wykapac sie. Mowie jej, ze to nie jest bardzo trudny szlak, czytalem jego opisy, widzialem fotki. Tam wchodza jakies stare baby wiec czemu ja mialbym miec problemy. Mam szacunek do gor i w zyciu nie bylem zachlanny czy tez nierozwazny, ale oczywiscie kto by ufal swojemu synowi. Wkurza mnie to strasznie, nienawidza traktowania mnie jak idiote i to przez wlasnych rodzicow. No dobra nie bede sie wiecej zalil. Ale chyba kazdy ma podobne problemy z rodzicami, niestety czasem bariera wieku i ich umarwianie sie psuje wiele chwil...

Fotki z maratonu.

14 sierpnia 2007

Fotki ze zgrupowania

Juz sa :) Wrzucilem ich niewielka czesc do sieci, zapraszam do ogladania
O tutaj sa...

12 sierpnia 2007

Po powrocie.

No tak, wrocilem z Gor. Pierwsze co nasuwa mi sie na mysl bedac tutaj to "ja pier... ale tu goraco i nie ma czym oddychac" a druga rzecz to "jak tu nudno i plasko".
Potrzebowalem 2 dni na zaaklimatyzowanie, tak przynajmniej sobie to tlumacze. Dopiero dzisiaj czyli 3 dni po powrocie czuje sie normalnie. W drugi dzien poszedlem na nocke do pracy. Wrocilem kolo 3 a spalem do 14, zjadlem cos, zasnalem znowu i spalem do 18... To chyba nie jest normalne:P
A teraz postaram sie troche zrelacjonowac te 10 gorskich dni. Zaczne od tego, ze po maratonie w Krakowie 1 lipca nie bylem ani razu na rowerze z roznych wzgledow ;) Wiec pierwszy raz roweru dosiadlem dopiero w Szklarskiej. Pierwszy dzien byl super, przejazdzka wszystkich zawodnikow. Przypomnialo mi sie jak tam jest cudownie i o co tak naprawde chodzi w kolarstwie. Warto tez wspomniec, ze wyladowalem w pokoju razem z trenerem, Arkiem i Marcinem. Trener i Arek to faceci w wieku kolo 34 lat a Marcin jest 2 lata starszy ode mnie. Od razu wiedzialem ze taka konfiguracja naszego pokoju zapewni dobra zabawe i duzo piwa ;) Ustalilismy nawet kolejnosc kupowania piwa i codziennie kto inny musial przyniesc ten zlocisty trunek do pokoju ;) Tak wiec bylo wyjatkowo wesolo i "luzno". Mieszkanie z nimi mialo takze inna zalete, relatywny lad w pokoju choc takiego nie da sie zachowac gdy ma sie 4 facetow na powierzchni nawet nie 20m2.
Drugi dzien to byl wielki zgon malego homika :P Wjechalismy na przelecz Karkonowska dalej jeszcze kilka innych dla mnie morderczych podjazdow. Wyszlo kolo 80 km a ja nie pamietalem kiedy taki dystans zrobilem po plaskim :P Chyba pierwszy raz w zyciu wrocilem ostatni do osrodka... Ostatni dlugi podjazd do samego "domu" totalnie mnie zabil. Chyba tylko dlatego, ze jestem takim kawalem ...uja nie zszedlem z roweru i nie polozylem sie. Gdy juz sie jakos dokulalem i zjadlem obiad momentalnie poszedlem lezec i ku mojemu zdziwieniu po calkiem niedlugim czasie doszedlem do siebie. To jest wlasnie sila gor. Nie wiem o co chodzi ale tam czlowiek regeneruje sie 2 razy szybciej. Najlepsze jest tez to, ze tam nie da sie miec kaca!
Teraz moze cos o samej Szklarskiej. No coz, bylem tam juz 3 raz z rzedu i przyznam, ze wolalbym juz inna miejscowke. Tym bardziej, ze spedzilem kilka godzin w Karpaczu wiec mialem porownanie. Szklarska to cicha wioseczka, byl przez to problem z czasem wolnym. Bylo tam kilka knajpek i raptem jedno ciekawsze miejsce czyli duze Karaoke. Wynikiem niewielu atrakcji bylo czeste picie piwa :P Kilka razy naprawde czlowiek zabalowal. Ale w gorach nawet po 5 mocnych piwach na nastepny dzien jedzie sie na trening z usmiechem na twarzy. Istna magia :D Jedyna naprawde fajna rzecza byl park linowy. Mimo mojej niecheci kolega namowil mnie i zostalem fanem linowego szalenstwa :) Chyba kazdy wie o co chodzi. Pelno lin i dziwnych rzeczy na drzewach kilka metrow nad ziemia. Super zabawa i niezly wycisk dla dloni. Po zejsciu czulem sie jak po obozie zeglarskim, lapki od lin bolaly :P Ale naprawde bylo warto. Z poczatku mialem pietra szczegolnie gdy mialem trzymajac sie trapezu przejechac jakies 25m okolo 10 m nad ziemia. To byl pierwszy strach a pozniej juz zupelnie sie oswoilem i mialem frajde. Jeszcze bardziej podrajcowalem sie na te klimaty, bo juz od dluzszego czasu kolata mi sie po glowie wspinaczka. Niestety w moim pieknym miescie nie ma zadnej scianki wspinaczkowej :/
Co do dalszej czesci zgrupowanie to naprawde ciezko opisac kazdy dzien, trening i wieczor. Bylo naprawde super, bardzo szybko minelo te 10 dni. Znowu poczulem ducha tego sportu, przyznam tez ze forma momentalnie podniosla sie i powoli wraca na dawny poziom. Musze tez pochwalic Cube'a(rower) to byly jego pierwsze gory a spisal sie naprawde bezblednie :)
Opisze jeszcze jeden epizod z wyjazdu. A mianowicie niecodzienne spotaknie z Joanna Jablczynska czyli znana Marta z "na Wspolnej". Corka trenera (12 letnia Martyna) jest wielka fanka tejze aktorki. Bylismy akurat w Swieradowie na maratonie i okazalo sie, ze na starcie stoi wlasnie owa Joanna. Trener chcac skorzystac z okazji poprosil ja o autograf dla corki. Jak sie okazalo Joanna jest bardzo otwarta i sympatyczna. Podala trenerowi swoja komorke co zaskutkowalo tym, ze jeszcze tego samego dnia wieczorem przyjechala do Szklarskiej na kolacje z trenerem i jego corka. Zostawila nam takze swoj rower ktory chlopaki pieczalowicie "wypolerowaly jajkami". Mielismy okazje na krotka rozmowe. Niesamowita dziewczyna, taka naturalna i wyjatkowo otwarta. Chyba ma to po mamie, bo jej mama ledwie wysiadla z samochodu i zaczela nam pokazywac zdjecia swojego wnuczka :) Na klubowej stronie wpisala nam sie nawet do ksiegi gosci a w zamian za przygotowanie jej roweru dostalismy pyszne ciasto :) Naprawde sympatyczne spotkanie.
Wczoraj przyjechal do mnie brat z dziadkiem. Braciszek wrocil niedawno z wakacji. Byl w Portugalii i Hiszpani. Zazdroszcze mu. On jest juz po tym wszystkim co ja dopiero bede musial wypracowac. On ma mature, skonczone studia i dobra prace z przyszloscia. Oby mi tez tak sie udalo...
Jednak teraz zyje czym innym - Tatrami... Juz kompletuje sprzecik ;) Kupilem sobie buty trekkingowe, brat przywiozl mi wielgachny plecak jeszcze dokupie kilka ciuchow i bede mogl jechac na wyprawe zycia :D Kto chetny niech da znac... Nie ukrywam, ze bardzo chcialbym spedzic tydzien w gorach z uroczymi Krakowiankami ;)

To chyba na tyle choc wlasciwie czuje niedosyt, ze nie napisalem o wszystkim. Ale przeciez kto jest na tyle znudzony zyciem aby czytal wielkie wypracowanie z wakacji M.